sobota, 23 września 2017

Chapter 8

Linnie

Nerwowo wystukiwałam paznokciem rytm zgodny z ruchem wskazówek zegara. Jeszcze tylko minuta! Troche się obawiałam tego, że Louis prawie na pewno znów będzie na mnie czekał. Ale właściwie nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Bałam się po prostu, że nagle wróci stary Louis. I znów będę się go bała. W zasadzie nigdy nie przestałam się go bać, ale… Tym razem było trochę inaczej.
Zadzwonił dzwonek, a ja dosłownie wybiegłam z klasy. W drzwiach zatrzymał mnie nauczyciel i oddal jakaś zaległą kartkówkę. W tym czasie Louis zdążył już pojawić się w drzwiach. Oparty o ścianę, z dłońmi w kieszeniach i krzywym uśmieszkiem wyglądał jak ucieleśnienie marzeń niejednej dziewczyny. To prawda, że był przystojny. Ale ja wciąż patrzyłam na niego przez pryzmat tego co do niedawna robił.
- Dzień dobry - zagadał do nauczyciela. Ten spojrzał na niego i uniósł jedną brew. Nie wyglądał na uszczęśliwionego jego widokiem.
- Dzień dobry Tomlinson. Przyszedłeś do mnie? - zapytał niechętnie.
- Nie… - zawiesił glos - …po nią.
Spojrzał na mnie z ogniem w oczach. Zatkało mnie i potknęłam się w ostatniej chwili łapiąc równowagę. Gdy ponownie na niego spojrzałam zachowywał się już normalnie. Wyobraziłam to sobie czy co?
Nauczyciel wyglądał na zaskoczonego, a gdy wyszliśmy już z jego klasy byłam pewna, że usłyszałam cichy śmiech. Niemal udławiłam się powietrzem, gdy poczułam, ze Louis bierze moja dłoń w swoją znacznie większą i przyjemnie szorstką. Serce mi przyspieszyło i byłam absolutnie pewna, że wyglądam teraz jak dorodny burak. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć, ale czułam na sobie jego wzrok. Nie tylko jego z reszta. Miałam wrażenie, ze patrzą na nas dosłownie wszyscy. Kiedy jego stosunek do mnie tak bardzo się zmienił? Odruchowo spojrzałam na zabandażowaną rękę w usztywniaczu.
No jasne. A ja się łudziłam, że chodziło konkretnie o mnie. To była pewnie część jego zadośćuczynienia.
Puścił moją dłoń dopiero przy szafce. Drżącą ręką wprowadziłam kod i otworzyłam ja starając się nie zwracać uwagi na jego elektryzującą obecność. Dlaczego do cholery to zrobił? I dlaczego nie zaprotestowałam jak wczoraj i nie wyrwałam mu się?!
- Zastanawiałem się…
- Tak? - odparłam słabym głosem.
- Czy zechciałabyś jutro gdzieś ze mną pójść? - zapytał. Uśmiechnął się tak uroczo, że poczułam jak miękną mi nogi. Dlaczego miękną mi nogi? Co on powiedział? Wpatrywałam się w jego usta i nie zrozumiałam znaczenia jego słów.
- Ahaaa… - westchnęłam.
- Świetnie. To przyjadę po ciebie jutro o 19.
Pomachał do kogoś i już po chwili go nie było. Zaraz…co się właśnie stało?! O mój Boże… Czy ja właśnie wzdychałam do Louisa? I zgodziłam się pójść z nim na…randkę? Świat się wali.
Przecież ona należy do świętej piątki!
Należał, powiedział złośliwy głosik w mojej głowie. Na pewno nie zdrowy rozsądek.
Caleb mnie zamorduje jak się dowie.
Przecież jeszcze tydzień temu dostawałam mini zawału na widok Jake’a. Dobrze, że nie chciał mnie odprowadzać na następną lekcje. Wątpiłam czy potrafiłabym zachowywać się normalnie. Gdzie jest Emily?! Zamknęłam z głośnym trzaskiem szafkę i poszłam do klasy.
Z ulgą, ale i lekkim zawodem przyjęłam, że po drugiej lekcji nie czekał na mnie pod klasą. Na trzeciej lekcji wreszcie pojawiła się Emily. Siedziałyśmy w ostatniej ławce, wiec mogłyśmy spokojnie porozmawiać. Jednak Em wydawała się dziwnie nieobecna. Gdy ja o to zapytałam zarumieniła się co nie zdarzało jej się zbyt często.
- Eh… To nic takiego. - Spuściła wzrok. Uniosłam jedną brew.
- Mam się nabrać na ta niewinną minkę? Od początku na mnie nie działa, nie pamiętasz?
- Wiem, wiem. Ja…bo… - odchrząknęła. - Harryzaprosiłmnienarandkę.
- Co? - Zmarszczyłam brwi.
- Harry zaprosił mnie na randkę - niemal szepnęła.
- CO!? Ale odmówiłaś?
Odwróciła wzrok i nerwowo poprawiła się na krześle. Zaczęła wyłamywać kostki w nerwowym odruchu, któremu nigdy nie ulegała.
- Zgodziłaś się prawda?
- Eee…
- Wiedziałam! Przecież nie cierpisz go od…zawsze! I wiesz jaki ma zwyczaj - jedna dziewczyna na nie dłużej niż tydzień, jeśli w ogóle.
- Tak, ale… Powiedz lepiej co to było rano z tym trzymaniem się za raczki z Louisem! - Zmieniła temat. Zacisnęłam palce na ołówku w prawej dłoni.
- Skąd wiesz?
- Cała szkoła o tym trąbi - stwierdziła. Zalała mnie fala gorąca.
- To on zaczął, a…
- …a ty nie miałaś nic przeciwko - dokończyła domyślnie. Ukryłam twarz w dłoniach.
- Ja nie wiem jak to się stało - powiedziałam załamana. – On zaczął się zachowywać jakoś dziwnie. I złapał mnie za rękę. A ja nie protestowałam. Wczoraj wystarczyło, że mnie dotknął, a prawie dostałam zawału ze strachu. Ale on się zachowuje zupełnie inaczej. Ja… Pogubiłam się.
- Ale pamiętasz kim on jest?
- A ty pamiętasz kim jest Harry? - Obie zamilkłyśmy.
- Louisowi chyba naprawdę zależy na tym, żeby udowodnić ci, że się zmienił. Może… Sama nie wiem. Umów się z nim… - powiedziała niepewnie.             
- Już to tak właściwie zrobiłam - odpowiedziałam nerwowo.
- Co?! Kiedy? Jak? Gdzie?
- Zaprosił mnie po 1 lekcji. - Przygryzłam wargę.
- Chyba naprawdę mu na tobie zależy. - Spojrzałam na nią zaskoczona. - Znaczy na tym, żebyś mu wybaczyła. Chociaż zachowuje się tak, że może chodzi o obie te rzeczy. Musisz być przygotowana na wszelkie ewentualne możliwości na tej randce i…
- Wolałabym iść na żywioł – wtrąciłam speszona.
- Jak na sprawdzianie z francuskiego? - Uniosła jedna brew. Zrobiłam obrażoną minę.
- I tak napisałam lepiej od ciebie!
- Tak. O jeden punkt. I i tak obie oblaliśmy - zaśmiała się.
- Oj tam oj tam.
Gdy wychodziłam z klasy miałam wyjątkowo dobry humor po rozmowie z Em. Dopóki nie zobaczyłam swobodnie opartego o ścianę Louisa z zawadiackim uśmieszkiem. Zaschło mi w ustach, a dłonie zaczęły drżeć. Gdzieś z tyłu pojawił się znany niepokój, który wciąż nie zniknął. To stało się zbyt odruchowe podczas tego roku, żeby mogło teraz tak po prostu zniknąć.
- Hej - powiedział niskim głosem. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że potrafi mówić tak nisko! I wolałabym nie zwrócić na to uwagi.
- Cześć - uśmiechnęłam się lekko.
Poczułam motyle w brzuchu, gdy wziął mnie za rękę i ruszyliśmy razem przez korytarz. W drodze do mojej szafki rozmawialiśmy głównie o ulubionej muzyce. To było zaskakujące stwierdzić, że mamy niemal identyczny gust. Gdy wpakowałam już książki do środka poczułam, że Louis bacznie mi się przypatruje. Nie patrz na niego! - nakazałam sobie w duchu. Oczywiście nie mogłam się oprzeć i spojrzałam. Poczułam niepokój, gdy zobaczyłam jak jego jasne oczy intensywnie się we mnie wpatrują. Odchrząknęłam na siłę próbując przerwać tą chwile. Ręce zaczęły mi się pocić z nerwów.
- Idziemy razem na lunch? - spytał beztrosko. Zazdrościłam mu opanowania w głosie. Sama bowiem byłam kłębkiem nerwów. W środku wszystko we mnie walczyło. Chciałam jednocześnie uciec i zostać, żeby zobaczyć co się stanie jeśli pozwole się temu rozwijać. A tych dwóch rzeczy nie dało się pogodzić.
- J-jasne.
Zażenowanie słabym brzmieniem swojego głosu próbowałam ukryć w miarę pewnym siebie uśmiechem. Jaaasne, na pewno mi wyszło. W drodze do stołówki byłam już nieco spokojniejsza. Dopóki nie weszliśmy do środka i nie zobaczyłam tych wszystkich spojrzeń wlepionych w nas jakbyśmy mieli troje oczu. Chciałam się wycofać, ale było za późno. Byłam tchórzem, ale wiedziałam, że tym razem muszę sobie jakoś poradzić.